sobota, 27 grudnia 2025

kilka zdjęć z wyjazdów

 Sobota, 23:29



Miałam dzisiaj okropną noc, S. chrapał jak oszalały i co chwilę się wybudzałam. Rano wstałam ledwo przytomna i wydaje mi się, że przez to mój dzień nie był zbyt fajny, ale bardzo się starałam. Ugotowałam zupę kalafiorową, która wyszła pyszna, a popołudniu pojechaliśmy odebrać moją paczkę do galerii, następnie na jarmark oraz na sushi. I tak dzień zleciał. 




Wyjazd na początku października do Soliny 




















i Tajlandia w listopadzie 

Pod względem podróży ten rok był niesamowity ;) 


piątek, 26 grudnia 2025

święta święta i po świętach

 Piątek, 22:00


W tym roku świąt nie obchodziłam, po raz pierwszy w życiu i w ogóle nie jest mi przykro z tego powodu. Głównie leżałam i oglądałam seriale - aktualnie robię rewatch The walking death i bardzo się wciągnęłam. Wczoraj wypożyczyłam sobie także film, który od dawna chciałam obejrzeć, czyli Brzydką siostrę. Myślałam, że będzie lepszy, ale i tak się cieszę, że zobaczyłam. Oprócz bingowania filmów i seriali trochę także pogotowałam. Ostatnio mam inny system i bardzo dużo rzeczy gotuję i od razu mrożę. 


Przez przerwę świąteczną udało mi się zrobić pierogi ruskie, 5 porcji sosu słodko-kwaśnego, a także naleśniki z pieczarkami i serem, z których po rozmrożeniu robię krokiety. Bardzo polubiłam taki sposób i jeśli wiem, że coś da się łatwo zamrozić to zawsze korzystam i robię więcej. Mam też kilka porcji gotowego sosu do spaghetti, zupę ogórkową oraz kilkanaście kotlecików warzywnych z dodatkiem kurczaka. Moim jedynym ograniczeniem na ten moment jest mały zamrażalnik, bo posiadam tylko jedną dużą szufladę i jedną małą. Ale dobre i to! 

poniedziałek, 22 grudnia 2025

no mercy

 Poniedziałek, 14:37



Ostatnie dwa dni pracy przed przerwą świąteczną - czeka mnie aż 5 dni wolności! Zamierzam przez ten czas leżeć, oglądać filmy, czytać książkę i rozwiązywać sudoku. Jestem fizycznie i psychicznie jakaś zmęczona tą końcówką roku, więc te kilka dni wpadną jak złoto. Pogoda za oknem też jakoś zbytnio nie nastraja, aktualnie pada i jest dosyć ponuro. Na szczęście zachowało się we mnie jeszcze na tyle optymizmu by w każdym dniu znaleźć coś pozytywnego. 

W piątek pomiędzy mną a S. wywiązała się bardzo ciekawa rozmowa. Jak wiecie od jakiegoś miesiąca dzielimy się obowiązkami domowymi co nigdy wcześniej nie miało miejsca w naszym związku. Mimo iż już rok mieszkamy razem, to zawsze całe prowadzenie domu było tylko i wyłącznie na mojej głowie. Przez ten czas co miesiąc przelewaliśmy równą kwotę pieniędzy na nasze wspólne konto i za to żyliśmy, ale S. zapytał się czy nie chciałabym znowu zajmować się domem w zamian za to, że to on będzie płacił pełną kwotę. Ten pomysł nie wziął mu się znikąd, bo wcześniej opowiadałam mu o Ewelinie (nowa koleżanka z pracy), która tak samo dogadała się ze swoim chłopakiem. Oczywiście kierowałam się resztkami rozsądku i powiedziałam, że odpowiem mu za kilka dni. Wiecie co mnie powstrzymuje, czy raczej powstrzymywało przed przyjęciem tej propozycji? To że będę nie fair, że będę go wykorzystywać. Zupełnie zapominając o tym, że przez ostatnie lata to ja pracowałam na dwa etaty - jeden w pracy, a drugi w domu. Zgodzę się na próbę na trzy miesiące od pierwszego stycznia, a do tego czasu zamierzam go tak dojechać w domu, że jeszcze będzie mi dziękował, że się zgodziłam. Smutne (chociaż dla mnie właściwie lepiej) jest to, że jeśli za coś nie płacimy to tego nie doceniamy. Fajnie będzie mieć całą wypłatę dla siebie. 

Zamówiłam sobie dzisiaj książkę do nauki hiszpańskiego. Mam nadzieję, że mi się sprawdzi. Razem z Ewelą chcemy się także zapisać na kurs, ale to dopiero jak odświeżymy sobie podstawy. 


czwartek, 18 grudnia 2025

Plany na przyszły rok... i dzisiejszy wieczór

 Czwartek, 15:55



Wczoraj powiedziałam Wam o wielu rzeczach, ale tak naprawdę zapomniałam wspomnieć o nowej, bardzo ważnej osobie w moim życiu - panna E. Moja koleżanka z pracy. Mimo że znam ją od kiedy tutaj pracuję, to dopiero w ostatnich miesiącach szczerze ją polubiłam. To chyba jedna z najmądrzejszych życiowo osób jakie dane mi było poznać i ma ogromny wpływ na moje życie. To też dzięki niej mój związek z S. uległ zmianie. To nie jest tak, że mi w czymkolwiek doradzała, po prostu mnie zainspirowała i doszłam do wniosku, że skoro ona nie daje sobie w kasze dmuchać, to ja też nie będę. 

Zbliża się koniec roku, więc i ja zaczęłam się zastanawiać nad moimi planami na 2026. Ten rok był... z jednej strony cudowny, bo naprawdę wiele rzeczy zrobiłam, ale z drugiej, przez sytuację z moim związkiem był dupiany. Ciągła niepewność, strach, domysły. To wykończyło mnie psychicznie. Na szczęście od kiedy mam przy sobie E. to zupełnie inaczej widzę niektóre rzeczy. Teraz wiem, że nawet jeśli mój związek by się rozpadł, to dla mnie byłaby to nowa szansa. I wiecie co? Ja jestem w 100% pewna, że S. nie znalazłby sobie nikogo lepszego ode mnie, ale ja już bym mogła. Jestem ładna, bardzo zadbana, inteligentna, mam super pracę. Paradoksalnie od kiedy bardziej skupiłam się na siebie w naszym związku jest jeszcze lepiej. Okej, ale wracajmy do tych planów, najpierw opowiem o tych większych. 

1. Chcę się zaręczyć - tak, S. ma ostatnie kilka miesięcy, aby to zrobić. Nigdy go nie namawiałam, nic nie sugerowałam, ale sama czuję, że już jest właściwy moment. Poza tym kilkakrotnie widziałam jak S. przymierza mój pierścionek na swoje palce, a jakiś czas temu zapytał ile uważam, że taki pierścionek powinien kosztować. Także ewidentnie widać, że sam też nad tym już myśli. 

2. Polecieć na wakacje marzeń --> Na przyszły rok mamy zaplanowane 3, a właściwie 4 wyjazdy. Pierwszy z nich to prezent urodzinowy od Szymka na moje urodziny, czyli wyjazd do Dubaju. Kolejny na majówkę do Egiptu i grudniowe wakacje na Sri Lance i Malediwach. Pierwsze dwa są już zarezerwowane, a kolejny w fazie realizacji. Oby wszystko się udało. A w styczniu jedziemy także nad morze, kocham polskie morze zimą. 

3. Regularnie ćwiczyć. To też jest na mojej liście już od wieków, a jakoś nigdy nie udało mi się tego zrealizować. Trzeba tutaj wyjaśnić sobie co znaczy regularnie, myślę, że takie 2-3 razy w tygodniu to absolutne minimum. Póki co szczytem moich możliwości jest basen raz w tygodniu.

4. Dbać o siebie nadal tak jak teraz. Dziwnie to brzmi, wiem, ale serio czuję się bardzo zadbana. Zawsze mam zrobiony manicure i pedicure, ładne włosy, ubrania. Używam dosłownie tony kosmetyków. To bardzo dobrze na mnie wpływa, czuję się przez to bardziej atrakcyjna. Chciałabym to utrzymać. 

5. Wrócić do nauki hiszpańskiego. Tak na poważnie. Nie chcę zapisywać się na żadne kursy, a raczej skupić się na samodzielnej nauce. Moją motywacją jest to, że dodatek językowy w mojej pracy wynosi 2300 zł, więc gdyby udało mi się trafić na jakiś projekt z tym językiem to miałabym dodatkowy przypływ gotówki. Poza tym mój hiszpański na studiach był na serio bardzo wysokim poziomie, a był to styl biznesowy. Bardzo by mi się to przydało. 

6. Awansować. Mam nadzieję, że ze względu na nowy projekt, który rozpoczynam od stycznia będzie to bardzo wykonalne. 

7. Pisać tego bloga regularnie i z niczym się nie pierdolić ;) Z niczym i nikim. 

Na ten moment nic więcej nie przychodzi mi do głowy, ale jak coś pewnie jeszcze dopiszę. Są to z pewnością same najważniejsze punkty. 

Dzisiaj S. ma Wigilię w pracy, więc ja mam wieczór w pełni dla siebie. Codziennie w pracy zapisuje sobie w notatkach w telefonie co mam zrobić danego dnia i dzisiejsza lista brzmi następująco:

- wyczyścić lodówkę

- odkurzyć i wyczyścić szczotkę do odkurzacza

- darsonval na twarz

- peeling enzymatyczny twarzy

- depilacja twarzy

- maseczka nawilżająca na twarz 

- pedicure podstawowy 

- przygotować obiad i śniadanie na jutro 

Nie zajmie mi to więcej niż 40-60 minut. 

środa, 17 grudnia 2025

Byłybyście ze mnie dumne

 Środa, 08:19



Muszę Wam się do czegoś przyznać. Pisząc tutaj mój poprzedni post w głębi duszy wiedziałam, że nie będzie on tym ostatnim. Tak jakby podświadomość mi mówiła, że mam jeszcze jakiś rozdział do dokończenia, coś do zamknięcia. I tak oto, kilka miesięcy później jestem tutaj z powrotem. Nosiłam się z tym od jakiegoś miesiąca, a dzisiaj wychodząc rano do pracy postanowiłam wziąć laptopa i stworzyć jakiś wpis. Nie było mnie 4 miesiące, a w moim życiu przez ten czas sporo się zmieniło, poniżej taki mały update dla Was o rzeczach mniej i bardziej ważnych. 

1. Płakałam niezliczoną ilość razy. Serio. Chyba w całym swoim życiu się tyle nie wypłakałam, co przez ten czas, ale właściwie dobrze mi to zrobiło. Teraz jest już zdecydowanie lepiej. 

2. Wróciłam do pracy w pełni stacjonarnej. Dopiero od grudnia. Jest to z pewnością rzecz, która mnie uratowałam przed ciągłym płaczem w domu w poduszkę. Nigdy nie myślałam, że bycie 5 razy w tygodniu w biurze będzie mnie tak cieszyć, a jednak tak jest. 

3. Od stycznia zaczynam nowy projekt w pracy. Bardzo fajny, bardzo rozwijający, ale zarazem ciężki. Natomiast doświadczenie jakiego w trakcie niego nabiorę pozwoli mi na szybszy awans. 

4. Przeczytałam wiele książek. Głównie kryminały, ale cieszę się, że ponownie się w to wciągnęłam. Zawsze to bardziej wartościowe niż przeglądanie tik-toka. 

5. Zaczęłam dbać o właściwą suplementację. To mocno daje mi po kieszeni. Odpowiednie, lepsze suplementy, są szalenie drogie. Przykładowo za miesięczną kurację fertistimem płacę 125 zł, a to tylko jedna rzecz. Do tego dochodzi mi jeszcze magnez, aschwaganda i leki dla kobiet. 

6. Zaczęłam także bardziej dbać o włosy. Kupiłam sobie darsonvala, regularnie robię peeling, olejuje, a nawet suszę! Kupiłam sobie też jakaś super drogą (jak na moje standardy) wcierkę. Widać niesamowite efekty, a włosy dodają mi pewności siebie. 

7. Razem z S. pojechaliśmy na wyjazd urodzinowy, który mu zorganizowałam. Mała miejscowość, zaraz obok Soliny. Było bardzo uroczo, na dodatek mieliśmy super domek z jacuzzi. W dzień zwiedzaliśmy tamę, chodziliśmy w góry, a wieczorami smażyliśmy kiełbaski i wylegiwaliśmy się w ciepełku. Bosko! 

8. W listopadzie spędziliśmy także ponad dwa tygodnie w Tajlandii. Och wspaniała wycieczka. Słońce, plaża, palemki, słoniki, mnóstwo zwiedzania! Kompletnie inny świat. 

Jak widzicie, to wcale nie był okropny czy tam stracony czas, ale muszę przyznać, że był dla mnie ciężki. Ale to tak cholernie ciężki, że idę o zakład, że przeżyłam jakieś załamanie nerwowe i to chyba pozwoliło mi jakoś inaczej spojrzeć na swoje życie. Moja relacja z S. uległa drastycznej zmianie i to właściwie z minuty na minutę. Po prostu w któryś dzień zapytałam go jak spędzamy naszą rocznicę (mamy rocznicę w święto Trzech Króli, co oznacza, że zawsze trzeba coś wcześniej organizować, bo to długi weekend i inni ludzie też chcą gdzieś wyjechać), a on mi odpowiedział, że "możemy sobie iść do restauracji, nic takiego, to nie jest okrągła". Niby nie powiedział nic takiego, prawda? Ale czasami tak jest, że przymykacie oko na kilkanaście małych rzeczy, a gdy w pewnym momencie dojdzie kolejna, która niezbyt Wam pasuje, to zwyczajnie pękacie. Ja serio przez te trzy lata związku dawałam z siebie 110% procent, robiłam wszystko. Prałam, sprzątała, gotowałam, prasowałam, organizowałam randki, kupowałam prezenty, S. ma ubrania tylko wyłącznie takie, które ja mu kupiłam, nic więcej. Serio związek ze mną to jak wygrana w totka. Więc kiedy usłyszałam, że on nie potrafił nawet zorganizować rocznicy (bo do restauracji to my w każda sobotę chodzimy, to nic takiego), zwłaszcza po tym jakie piekło zapewnił mi w tym roku, to po prostu pękłam. Powiedziałam mu tylko wtedy, że mnie zawiódł, ale w moim umyśle było coś takiego jakby pękł balonik. No i z dnia na dzień przestałam się starać. To nie jest robienie mu na złość, ja już po prostu nie czuję takiej potrzeby. I chyba to była największa zmiana w naszym związku jaką kiedykolwiek mieliśmy przez te trzy lata. Bo teraz umawiamy się na jeden dzień w tygodniu i razem sprzątamy mieszkanie, wymieniamy się gotowaniem, w jednym tygodniu ja robię pranie, a w kolejnym on, przestałam prasować jego rzeczy i ogarniam tylko swoje. Skończyło się też robienie mu śniadanek i kolacyjek i teraz głównie S. przygotowuje je dla mnie. A no i rozpieszczanie prezentami także się skończyło - w tym roku na święta już dostał ode mnie prezent w postacie poduszki do samolotu za całe 20 zł. To tyle. Prosto i symbolicznie. To moje "zachowanie" przeniosło się także na innych ludzi, nie robiłam już prezentów osobom z jego rodziny, ba! nawet swojej nic nie daje. Święta także olałam i powiedziałam Mamie, że jadę do rodziców S. W rzeczywistości święta spędzam sama. Może nie tak całkiem sama, bo S. się uparł, że ze mną zostanie (swoim rodzicom z kolej powiedział, że będziemy u mojej mamy). Wcale go o to nie prosiłam, wręcz przeciwnie, namawiałam go aby pojechał, bo ja nie zamierzam w żaden sposób tych świąt obchodzić - nic nie gotuję, nie piekę, nie sprzątam specjalnie. Wydaje mi się, że byłybyście ze mnie dumne, że tak się postawiłam i zdecydowałam zawalczyć o siebie. Chociaż jeśli mam być szczera nie było to zbyt trudne, a przyszło mi samoistnie. Dzięki temu, że teraz dzieliśmy się obowiązkami z S. ja mam zdecydowanie więcej czasu dla siebie. Właście dlatego zaczęłam znowu czytać, przez ostatnie 3 miesiące przeczytałam jakieś 10 książek! Chodzę nawet do pracy na późniejszą godzinę, bo już nie mam tylu obowiązków po powrocie do domu. Serio nie myślałam, że to aż tyle zmieni w moim życiu i jestem z siebie cholernie zadowolona. 

Miałam też przygotowane zdjęcia, które chciałabym Wam pokazać, ale niestety coś nie chcę się przesłać, a ja też jestem zmuszona wrócić już do pracy. W kolejnym poście napiszę o moich planach na kolejny rok. Nie będą to żadne postanowienia, ale zwykłe luźne plany. 



niedziela, 17 sierpnia 2025

wszystko się kiedyś kończy - ostatni wpis

 Niedziela, 09:34



Wszystko się kiedyś kończy. Pisząc pierwszy wpis ponad 14 lat temu kiedyś wiedziałam, że będzie też ostatni. Zdecydowałam się zrezygnować z prowadzenia bloga. Bardzo Wam dziękuję za ten ogrom wsparcia, który od Was dostałam, to zawsze wiele dla mnie znaczyło. 

Życzę Wam wszystkim dużo szczęścia w życiu, samej sobie również, ktoś kiedyś mi powiedział, że na to zasługuję i trzymam się tej myśli. 

Pora zamknąć Puszkę Pandory. 

Do widzenia,

Panna A.

wtorek, 12 sierpnia 2025

córka koleżanki twojej starej

 Wtorek, 12:08



Na przestrzeni lat mojej działalności na tym blogu wiele z Was polecało mi terapię. Ja próbowałam trzy razy i za każdym razem kończyło się na jednym spotkaniu. Natomiast najbardziej w głowie utkwił mi mój pierwszy terapeuta, do którego udałam się zaraz na początku studiów. Mieliśmy wtedy do wykorzystania darmowe spotkanie w ramach jakiegoś programu studenckiego. Ja pamiętam, że poszłam tam z jednym pytaniem, a mianowicie tym, które już poruszałam w poprzednim poście - "czy jestem złym człowiekiem?". Bardzo często mi się tak wydaję. Najpierw, przez kilkanaście lat życia byłam o tym przekonana, bo tak twierdziła matka, może nie do końca, że jestem zła, ale, że jestem zepsuta, a potem sama zaczęłam dostrzegać u siebie pewne cechy, które mi się bardzo, ale to bardzo nie podobają. Jestem cholernie zazdrosna. Ale jest to taki typ zazdrości, że czasami aż ciężko mi się funkcjonuje z samą sobą. Generalnie nie chodzi mi głównie o to, że ktoś coś ma albo coś się fajnego wydarzyło u kogoś w życiu, tylko o to, że mnie takie rzeczy nie spotykają. Tak jak Wam mówiłam, ja mam wrażenie, że muszę się z życiem siłować i o wszystko walczyć. W okresie szkolnym byłam zazdrosna o to, że ktoś się nie uczył i dostał piątkę, albo gorzej ściągał ode mnie i dostał lepszą ocenę. Potem na studiach byłam zazdrosna o to, że koleżanki mogły sobie pozwolić na latanie po klubach, zabawę czy wyjścia na pizze a mnie nie było na to stać. One przeprowadziły się z innego miasta, więc dostawały pieniądze od rodziców, ja sobie sama dorabiałam, ale za to musiałam kupować jedzenie i jakieś rzeczy pierwszej potrzeby, więc szkoda mi zawsze było pieniędzy na takie wyjścia. Aktualnie jestem zazdrosna o to, że wszystkie koleżanki wokół mnie się zaręczają, biorą ślub, rodzą dzieci, a ze mną chłopak chciał się rozstać kilka miesięcy temu i nawet nie dowiedziałam się konkretnego powodu. Czuję się jakbym biegła za całym społeczeństwem z wystającym językiem i usilnie starała się im dorównać. Wracając do mojego spotkania z terapeutą, on mi wtedy nie odpowiedział w żaden sposób na moje pytanie ale stwierdził też, że to nie jest czysta zazdrość tylko potrzeba braku, która często bierze się z tego, że albo my się ciągle do kogoś porównujemy, albo co gorsze, w okresie dorastania robili to nasi rodzice. I w tym momencie dał mi ogromny powód do myślenia, czy moja mamusia tak robiła? Oj weźcie popcorn, bo dawno nie było tego tematu. Moja mama chyba żywiła się tym, że porównywała mnie do innych dzieci swoich koleżanek, na porządku dziennym słyszałam "Asia od cioci Renaty zrobiłam to to i tamto", "Kasia od Pani Beaty tak super się uczy i jest szczupła" "Justyna od Basi ciągle dostaje same piątki". Najgorszej to chyba było z tym wyglądem. Pamiętam jak kiedyś jechaliśmy w góry - ja, mama, mój brat i właśnie inne matki, które znała i ich dzieci. Kilka dni przed wyjazdem to było dla mnie koszmarnych i uwierzcie w to, co mówię. Te wydarzenia miały miejsce 20 lat temu, a mi się nadal chce wymiotować przez myśl o nich. Mamusia całymi dniami mi powtarzała, że jestem gruba, że wszystkie córki, które tam będą są szczupłe, a tylko jak będę taka bambaryła, że ja się w końcu powinnam wziąć za siebie (miałam wtedy około 10 lat jak coś). Potem się mi dziwiła, że ja nie lubiłam jeździć na takie wyjazdy i po powrocie też się zawsze nasłuchałam, że mnie to nic nie cieszy, wiecznie smutna siedzę, do nikogo się nie odzywam itd. Ale wiecie jak zazwyczaj wyglądały takie wyjazdy, czy to w góry czy nad morze lub gdziekolwiek? Matka ciągle mnie poniżała i to w obecności innych osób. Jak za dużo zjadłam, to np. przy stole mówiła "boże tam na wadzę to już z pewnością jest x kilogramów", "patrz jaka Asia jest chudziutka, też byś tak mogła", gdy mama jakieś koleżanki powiedziała, że jestem ładna, to moja mama zaraz odpowiadałam "no ale co z tego, że ładna jak gruba". Gdy wychodziliśmy razem coś zjeść do restauracji, to ja zazwyczaj nie mogłam nic zamówić i siedziałam o "suchym pysku", gdy już coś zjadłam, to potem ciągle widziałam pogardliwy wzrok matki i docinki "te wasze dzieci to mogą jeść bo są chude, ale patrzcie na nią i nic do niej nie dociera". Potem często w drodze do domu z tej restauracji gadała o mnie ze swoimi koleżankami i im się na mnie żaliła, że ich dzieci to tak biegają śmieją się, a patrzcie ta moja to tylko idzie spokojnie za nami, ja już to nie wiem co mam z nią zrobić. Pamiętam jak raz szliśmy jakąś promenadą i ja już ryczałam, bo nie mogłam znieść tych ciągłych przytyków, a matka na cału głos na tej promenadzie krzyknęła "Pani Beata chce wiedzieć ile Ty ważysz, mów szybko", a jak odpowiedziałam to matka "to napewno więcej". Mój koszmar odgrywał się także na plaży, bo po tych wszystkich wyzwiskach nie lubiłam odsłaniać ciała, więc siedziałam zakryta kocem lub ręcznikiem, a matka na siłę to ze mnie ściągała, bo mówiła, że opalenizna wyszczupla. Jak już to ściągnęłam, to znowu zaczęła się tyrady o tym "a nie jest Ci teraz wstyd, a popatrz na Asie, Kasie, Zosie", "a Justynka to teraz czyta książkę, a Ty nic nie robisz", "a Zosia to się w piasku bawi, a ty leżysz". Tak wyglądało nie tylko całe moje dzieciństwo, ale również późniejsze lata. Zawsze był ktoś lepszy ode mnie. 

Wiem, że tamtem psycholog nazwał to brakiem czegoś, a nie zazdrością, ale dla mnie to już zawsze będzie ta zazdrość, która rodzi we mnie pierwiastek zła. Natomiast wiecie jaka jest jedyna względnie pozytywna rzecz w tym wszystkim? Pomimo tego, że jestem aktualnie zazdrosna o wiele rzeczy - np. o jakieś zaręczyny, utratę wagi czy coś innego, to tak czy siak zawsze będę wspierać te osoby. To ja jestem człowiekiem, który zawsze gratuluje, lajkuje zdjęcia, pisze komentarze, wręcza prezenty z okazji właśnie zaręczyn. Natomiast gdy ja doświadczam jakiś pozytywnych rzeczy, to już takiego wsparcia brak. 

Ten wpis kreuje bardzo złe wyobrażenie o mnie, ale spędziłam sporo czasu pisząc to wszystko, więc go dodam. Chciałabym kiedyś uwolnić się od tego ciężaru. Z pewnością łatwiej by mi się żyło.



czwartek, 7 sierpnia 2025

nie ma nic za darmo oraz 14 lat prowadzenia bloga

 Czwartek, 19:49


Dzisiaj mija 14 lat od kiedy prowadzę bloga...boże, ale kawał czasu. Pisząc pierwszy wpis nigdy bym nie pomyślała, że będzie się to aż tyle ciągnąć. To połowa mojego życia.

W pracy dzień zaczęłam od szkolenia, które przebiegło całkiem pomyślnie, ale potem dopadł mnie jakiś dołek... Wiem czym jest spowodowany, ale nie chcę się tym dzielić, bo "wypadnę" na złego człowieka, często wstydzę się za moje myśli i tą okropną zazdrość, która od dzieciństwa mną targa. Pierwszy raz mi się zdarzyło płakać w toalecie w pracy, a jak wróciłam do domu to już nawet nie mogłam się uspokoić. Wiecie jakie uczucie mi towarzyszy od kiedy jestem dzieckiem? Czuję jakbym o wszystko w życiu musiała walczyć, o wszystko się starać, każdą rzecz wyrywać od życia. Nie miałam ani pełnej rodziny, ani spokojnego dzieciństwa, ładnej figury, pięknej cery, czy prostych zębów. Nie jestem ani inteligentna, ani w żaden sposób utalentowana. Nie mam do niczego drygu, nigdy nie podobałam się chłopakom, nie dostałam na start super pracy, ani czegokolwiek ponad absolutne minimum (a i to nawet nie) od rodziców. Pamiętam jak kiedyś moja mama poszła na zebranie do gimnazjum i pan od matematyki jej powiedział, że jestem takim typem osoby, który na wszystko musi sobie zapracować.  Innymi słowy powiedział jej "pani córka nie jest inteligenta, a jej świetne oceny są zasługą ciężkiej pracy". To do mnie przyległo, bo wiem, że jest prawdziwe. Ja sobie na wszystko muszę zapracować, "zasłużyć". I powiem to... po prostu cholernie ciężko jest mi znieść fakt, że ja tak się szarpię z życiem, a inne osoby od tak dostają to na co ja pracuję latami. Przez takie myślenie czuję się złym człowiekiem co dodatkowo mnie dobija. 

Moja sytuacja związkowa mnie przeraża. Dosłownie. Czy dzieje się coś złego? Absolutnie nie. Jest dobrze, już od wielu miesięcy. A ja... tkwię w jakimś abstrakcyjnym strachu, że jednak wszystko się za chwilę rozpadnie. Ciężko mi się cieszyć z jakiś wspólnie spędzonych chwil, wyjazdów itp. bo ciągle sobie myślę, że jak już raz chciał się rozstać to może zrobić, to znowu, więc te szczęśliwe chwilę są zwykłym kłamstwem. Takie myślenie mnie przeraża i nie wiem dlaczego wzięło się teraz, przed długi czas było dobrze... 

środa, 6 sierpnia 2025

garść słodkości

 Środa, 15:17


Za kilka minut kończę pracę, ale właściwie to już wszystko pozamykał i przygotowałam się na jutro. Wczoraj minął mi dokładnie rok w obecnej pracy, a już jutro po raz drugi będę kogoś szkolić z procesu. Wiem, że to może być śmieszne, ale cieszę się tym, że już coś potrafię, na czymś się znam, jestem w czymś dobra. To fajne uczucie. No i nadal mogę powiedzieć, że bardzo lubię tę pracę i jestem za nią ogromnie, ale to ogromnie wdzięczna każdego dnia. 

Wczoraj przez kilka godzin organizowałam prezent urodzinowy dla chłopaka, jego święto jest dopiero za dwa miesiące, ale już teraz musiałam poczynić odpowiednie kroki. Jestem trochę zła czy zawiedziona, bo zarezerwowałam na weekend (urodzinowy) piękny domek w środku lasu z balia i widokiem na góry, za wszystko zapłaciłam, a chwilę potem odwołali mi rezerwację. Udało mi się znaleźć coś innego, czyli też domek z prywatnym jacuzzi, jest piękny, ale nie robi aż takiego wrażenia. Niestety nic innego nie znalazłam, bo wszystko pozajmowane. Ogólnie powiem Wam, że ceny takich "atrakcji" są kosmiczne... 700-800 zł za noc to absolutne minimum. Ale jak to mówią - raz się żyje :) Muszę jeszcze ogarnąć prezent (zegarek, ale jeszcze nie wiem jaki) i torcik. 


Może doradzicie mi z torcikiem? Który lepszy? 

Wczoraj w ramach ćwiczeń zrobiłam trening brzucha, a dzisiaj mam w planie grę w badmintona lub spacer. Ale to zobaczymy czy się wyrobię, bo jedziemy dzisiaj zawieźć Maffina do mojej mamy, bo wyjeżdżamy na weekend. Jeśli nie to będzie odpoczynek.

Troszkę zdjęć żeby nie było tak pusto: 


W poniedziałek w pracy zjadłam taki deserek. Nazwałam go smerfik. Na dole jest twaróg z galaretką a na górze galaretka z borówkami. 


Tutaj wczorajsza kolacja, czyli pomidorki z burratą.
Kiedyś każde z nas dostawało swoją buratę, teraz jemy jedną pół, uważam to za krok w dobrą stronę. 


Uciekam! Serio mam dzisiaj milion rzeczy do zrobienia ;) 





poniedziałek, 4 sierpnia 2025

kosmetyki, jedzenie i nowy tydzień

 Poniedziałek, 21:51



W nocy nie mogłam spać, bo stresowałam się pracą. Czułam się tak jakby mnie conajmniej kilka tygodni nie było, a to zaledwie cztery dni. Ale wszystko poszło bardzo dobrze i nawet dosyć szybko się odkopałam z wiadomości na Teams i maili. Byłam bardzo zarobiona przez cały dzień i skończyłam dopiero kilka minut przed wyjściem z pracy. Po pracy wróciłam do domu, chwilkę odpoczęłam i ogarnęłam mieszkanie. Po 18 zebraliśmy się z S. na basen, bo serio mamy ostre postanowienie diety. Pływałam 46 minut i spaliłam 210 kcal. Jestem zadowolona, podobno basem najładniej wyszczupla sylwetkę. Generalnie w tym miesiącu ćwiczyłam już trzy razy. W piątek trening Kołakowskiej, w sobotę taneczne cardio i dzisiaj basen. Mam już rozpisaną całą aktywność na ten tydzień. 


A jeśli jesteśmy w temacie diety to ostatnio w Aldi kupiłam taką herbatkę. Oczywiście wiem, że to pic na wodę, ale co mi tam. 




W weekend byliśmy w kinie na filmie "Oddaj ją". Miał super opinię, ale średnio mi się podobał, potem pojechaliśmy na pyszne, ale cholernie drogie nepalskie jedzenie. Poza tym porcje były dosyć małe (biorąc pod uwagę cenę). Natomiast próbowanie kuchni z różnych stron świata było moim postanowieniem na ten rok, którego bardzo się trzymam. 



Wybaczcie bałagan w tle, ale chciałam pokazać, że ostatnio staram się też "stroić", a raczej wykorzystywać maksymalnie możliwości mojej garderoby. 
A jeśli jesteśmy w temacie wyglądu, to na październik, przed samym wyjazdem do Tajlandii umówiłam się na kilka usług. Przede wszystkim fryzjer, brwi, rzęsy, mani i pedi. Pomyślałam, że po trzech miesiącach wysiłku przyda mi się takie rozpieszczanie. 




A tutaj moje nabytki z Rossmanna (po lewej). Przeprosiłam się z tą wcierką do włosów i kupiłam też peeling. Mam plan do wizyty u fryzjera maksymalnie postawić na porost włosów, a później trochę zluzuje, bo nie chcę mieć szybko odrostów. Po prawej natomiast bardzo polecane wybielające pasty do zębów. Początkowo miałam w planie kupić jakieś nakładki czy coś, ale finalnie postawiłam na coś mniej inwazyjnego. Zamówiłam sobie z tej samej aukcji też witaminę oraz kilka rzeczy potrzebnych do Tajlandii. Także jak widzicie przygotowania do wyjazdu idą pełną parą, mimo iż zostały jeszcze trzy miesiące. 

Uciekam spać, bo padam po tym basenie..


piątek, 1 sierpnia 2025

moja waga na przestrzeni ostatnich lat

 Piątek, 12:23


To już ostatni dzień mojego zwolnienia i cieszę się z tego, można powiedzieć, że się niemal wyleczyłam (trochę dokuczają mi zatoki) i przede wszystkim bardzo sobie odpoczęłam. Jestem gotowa na najbliższe tygodnie. Korzystając z tego, że miałam więcej czasu, to wzięło mnie trochę na wspominki. Przejrzałam trochę starych postów, a także swoje liczne zapiski w notatkach w telefonie. Kiedyś bardzo lubiłam prowadzić dzienniki, notesiki itd. ale jednak telefon sprawdza mi się najlepiej. 

Dzisiaj pogadamy trochę o mojej wadze i o tym jak się ona zmieniała na przestrzeni kilku ostatnich lat. Skupię się na okresie wakacyjnym, bo wiadomo, że na przestrzeni 12 miesięcy to różnie wyglądało. 

lato 2021 roku - 93,7 kg

Moja najwyższa i najgorsza waga. Była efektem kilkumiesięcznego epizodu depresyjnego, w czasie którego nie wychodziłam z łóżka, jedynie jadłam, jadłam i jadłam. Okropny czas. W krótkim czasie bardzo dużo przytyłam i to się odbiło oczywiście na wadze, ale także na "wyglądzie". Mam na myśli, to że zwyczajnie byłam bardzo, ale to bardzo ulana, napuchnięta itp. 

lato 2022 roku - 76,6 kg 

Cały rok ciężko pracowałam, gotowałam sobie zdrowe posiłki, a w przez kilka miesięcy ćwiczyłam codziennie tabaty z Kołakowską. To był ogromny progres i moje ciało świetnie wtedy wyglądało. 

lato 2021 vs. 2022

Różnica ogromna, ciało było zupełnie inne i zawdzięczałam to głównie aktywności fizycznej. 

lato 2023 roku - niestety brak danych

lato 2024 roku - 83,1 

Zaczęło się powolne tycie. Głównie spowodowane tym, że często z S. się rozpieszczaliśmy. A tu jakieś ciastko, a to McDonald itp. Poza tym to lato było poprzedzone wieloma miesiącami problemów, a także takiego ogólnego załamania nad swoim losem. Miałam wrażenie, że każdy wokół mnie sobie świetnie radzi - super praca, fajne mieszkanie, małżeństwo, dzieci itd a ja tkwię w martwym punkcie. 

lato 2025 roku - 86,1

Pomiar nie jest w 100% wiarygodny, bo ważyłam się już po śniadaniu i na dodatek w ubraniu, ale lepsze to niż nic. Przytyłam wiele kg, ale i tak muszę Wam powiedzieć, że dzięki temu, że przez ostatnie 2-3 lata byłam aktywna, to moje ciało wygląda zdecydowanie, ale to zdecydowanie lepiej niż w 2021 roku. 



01.08.2025 - 86,1


Teraz zamierzam się bardziej skupić na odchudzaniu, chciałabym się lepiej czuć w Tajlandii. Na dodatek, S. też się odchudza, a wiadomo, że we dwie osoby zawsze łatwiej :) Dzisiaj już nawet ćwiczyłam, tylko 20 minutowa tabata z Moniką Kołakowską, ale jezu dziewczyny, ale się umęczyłam... To zawsze dawało mi spory wycisk. Natomiast czuję się teraz świetnie, od razu +100 punktów do samopoczucia. Najgorzej jest zacząć, a potem to już jakoś leci. Mówię z doświadczenia, zresztą same widzicie.

A jeśli chodzi o "zasady" diety, to zasad nie ma. Wszystko z głową, nie rezygnuje z życia ze względu na odchudzanie - zbyt wiele lat na to straciłam. 

czwartek, 31 lipca 2025

jak wyglądał lipiec na przestrzeni pięciu ostatnich lat?

Czwartek, 13:09



Wiecie, że w przyszłym miesiącu minie 14 lat od kiedy prowadzę bloga? To znaczy, że robię to już pół mojego życia, kawał czasu. Są tego ogromne plusy, a jednym z nich jest to, że zawsze mogę wrócić wspomnieniami do tego co robiłam x czasu temu. To super sposób żeby zobaczyć jak wielki progres zrobiliśmy w życiu, bo mam wrażenie, że czasami się tego nie dostrzega. 

Także zobaczmy sobie jak wyglądał mój lipiec na przestrzeni ostatnich kilku lat ;)

lipiec 2019 rok

Planowałam swój wyjazd do Dubaju z przyjaciółką, ciągle się bałam, że ona wycofa się w ostatnim momencie i mnie wystawi. Tak też się stało. W tym miesiącu poznała faceta, przeprowadziła się do niego po tygodniu znajomości, a we wrześniu zaszła już w ciąże totalnie urywając kontakt. To był miesiąc, w którym straciłam jedną z najlepszych przyjaciółek i bardzo to przeżywałam. Zanim jednak wydarzyła się ta sytuacja, to spędziłyśmy w trójkę wiele pięknych wieczorów na piciu alkoholu i paleniu fajek. K. ciągle namawiała mnie na założenie Tindera i rozpoczęcie "życia miłosnego", a ja twierdziłam, że jestem na to za gruba i za brzydka.

lipiec 2020 rok

Już od kilku miesięcy mieszkałam sama, bo mama wyprowadziła się do babci, aby się nią zajmować. Nasze kontakty mimo tego były wtedy tragiczne, traktowała mnie gorzej niż psa i wyżywała się za wszystko. Wpadła nawet niezapowiedzianie gdy była u mniej moja przyjaciółka, która po jej wyjściu powiedziała mi "masakra, jakim ona w ogóle tonem do ciebie mówi". Tej sytuacji nawet nie musiałam sobie przypominać, pamiętam ją do teraz, bo najadłam się sporo wstydu. W tym miesiącu odwiedził nas także mój brat, a to jeszcze bardziej skomplikowało moje stosunki z matką. Mój brat miał samochód, ale to mi kazała chodzić do sklepu po zgrzewki wody dla niego... A także ogólnie zrobiła sobie ze mnie sługusa. Lipiec 2020 roku był też czasem spędzania pięknych chwil na balkonie w towarzystwie znajomych oraz nauki na egzaminy i pisania licencjatu. 

lipiec 2021 rok 

Próbowałam ogarnąć się po trwającym kilka miesięcy epizodzie depresyjnym, najgorszym jaki przechodziłam. W tym miesiącu przyszła chyba jakaś kulminacja moich uczuć i stwierdziłam, że dłużej nie jestem w stanie tak żyć. W jeden dzień rzuciłam studia, ścięłam 50 cm włosów i stwierdziłam, że za rok o tej porze będę już w innym kraju. Bardzo źle wspominam ten okres mojego życia, jednocześnie jestem dla siebie pełna podziwu, że to przetrwałam i się podniosłam. 

lipiec 2022 roku

Spędziłam go w całości w Hiszpanii jako au pair. Piękny czas, dużo odpoczynku, pływania w ocenie. Inny język, kultura, a jednocześnie zderzenie z rzeczywistością. Po tylu latach bycia traktowaną źle przez matkę nie mogłam zrozumieć, że ktoś jest dla mnie miły. Sporo schudłam, zaczęłam otwierać się na ludzi. 

lipiec 2023 roku 

Stuknęło mi pół roku bycia w związku z S. To był upalny lipiec, który spędzałam na opalaniu się na balkonie, pisaniu pracy magisterskiej oraz pływaniu w jeziorku. W tym miesiącu miało także miejsce wydarzenie, przez które mój związek bardzo ucierpiał, czyli ta pamięta parapetówka u znajomych S. Nauka o tym jak jedno wydarzenie może wpływać na cały związek. 

lipiec 2024 roku 

Rzuciłam pracę, której bardzo nie lubiłam, bo dostałam propozycję nowej. Co jest dziwne, okazało się, że nowe biuro mieści się w budynku, który często mijałam i mówiłam do chłopaka, że mi się podoba i fajnie byłoby tam pracować. Ta decyzja okazała się strzałem w 10! Podjęłam także decyzję o zerwaniu kontaktu z jedną z moich przyjaciółek, nad czym zastanawiałam się od długiego czasu. W tym miesiącu bardzo często chodziłam sama do kawiarni i pracowałam nad różnymi sprawami. Odwiedziłam także Energylandie, jedno z moich ukochanych miejsc. Pierwszy raz zrobiłam jagodzianki i testowałam wiele paczek niespodzianek. 

Okej, przeczytanie tych wszystkich wpisów i spisanie tego trochę mi zajęło. Jeśli chodzi o tegoroczny lipiec, to jest on dosyć specyficzny. Po pierwsze psychicznie nie czuję zbyt dobrze, a po drugie pogoda jest do dupy. Brak jest opalania się balkonie, pływania w jeziorku czy nawet wyjść na miasto. Nie chcę powiedzieć, że jest zły, ale po prostu czuję jakąś pustkę. Oby kolejny miesiąc był lepszy. Mam wiele planów, ale dużo zależy od pogody.    

Muszę Wam powiedzieć, że bardzo odpoczywam, mimo iż wciąż towarzyszy mi ból zatok. Leżę, oglądam filmy, seriale i z niczym się nie śpieszę. Obiecałam sobie natomiast, że te kilka luźnych dni jest po to, aby przygotować się do 3 miesięcznego zapierdolu. Tyle właśnie zostało do moich wakacji w Tajlandii i mam na ten czas wiele pomysłów.                                                                                                               



wtorek, 29 lipca 2025

kilka dni dla mnie

 Wtorek, 12:19



Hejka! 

Ja stety-niestety siedzę w domu na zwolnieniu. Co mi jest? Wszystko i to dosłownie. Przeziębienie, alergia, okres i jeszcze potworne zmęczenie (ale bardziej takie chorobowe). A tak właśnie coś myślałam, że mnie pewnie rozłoży, bo w ostatnim czasie nie dość, że się nie oszczędzałam, to jeszcze miałam sporo stresów, a od liceum właśnie w ten sposób odreagowuje mój organizm - chorobą. Plan na te kilka najbliższych dni jest taki żeby jednak trochę o siebie zadbać, będę leżeć w łóżku, oglądać filmy i nigdzie się nie ruszam. Czuję, że potrzebuję regeneracji. Dzisiaj od rana odkurzyłam mieszkanie i umyłam podłogi (musiałam ze względu na alergie) i już od jakiegoś czasu zalegam na kanapie. Zobaczymy ile wytrzymam. Wczoraj normalnie pracowałam i to był koszmar, myślałam że nie wytrzymam. 

W sobotę jakoś tak się skończyło, że miałam, może nie poważną, ale jednak jakąś bardziej znaczącą rozmowę z chłopakiem. Powiem Wam tak, czuję trochę, że "wychowałam sobie" rozpieszczoną divę. Dosłownie. Bo jak inaczej nazwać fakt, że zajmuję się całym domem, a on ma problem żeby zrobić mi herbatę/kawę? Już któryś raz na przestrzeni naszego związku słyszę, że "ciągle go po coś gonię". Tym czymś jest właśnie ta herbata i kawa, bo innego przykładu podać nie potrafi. Nie zrozumcie mnie źle, bo zawsze gdy czegoś bardziej istotnego potrzebuję od S. to, to dostaję. Gdy jesteśmy na jakiś zakupach ubraniowych, to zawsze chce mi coś kupić, jak trzeba mnie skądś odebrać, to także to zrobi bez gadania, trzeba zawieźć coś mojej mamie, to bez problemu pojedzie, ale jeśli chodzi o takie rzeczy typowo domowe, to totalnie nie można na niego liczyć. Generalnie jeśli chodzi o obowiązki domowe, to nadal mamy spory problem żeby dogadać się na tym polu, bo dla niego nawet sprzątanie mieszkania raz w tygodniu to jest za dużo, jeśli ja nie powiem, że coś trzeba zrobić, to on nigdy, ale to serio nigdy tego nie zrobi. Ale no powiem tak, nie poddaję się. Albo staram się tak organizować czas żeby faktycznie sprzątać wspólnie, albo zostawiam coś dla niego. Ale wychodzi w ten sposób, że od piątku proszę o posprzątanie łazienki, no i nadal nie jest posprzątana. Staram się jednak zacisnąć zęby i jakkolwiek go zrozumieć, bo gdy ja mieszkałam z matką też nie lubiłam jak wszystko było podporządkowane jej i musiało być zrobione pięć minut po tym jak o to... miałam pisać, że poprosiła, ale ona nie zna takiego słowa... pięc minut po tym jak się o to zadarła. Korzystając z tego, że S. powiedział co mu się nie podoba w naszym związku, to ja też dodałam coś od siebie i znowu przypomniałam o tym, że nie czuję się dobrze w tym nieco niestabilnym związku. Chociaż domyślam się, że tą niestabilność odczuwam jedynie ja przez fakt, że S. cholernie naruszył moje zaufanie. To już jest drugi raz kiedy mu o tym powiedziałam, po poprzednim nic nie zrobił, twierdząc, że zapomniał, a teraz to nie wiem jak będzie. Pytał się mnie czy jest coś co może zrobić żeby jednak to zaufanie jakoś naprostować, ale stwierdziłam, że ja mu tam nic ułatwiać nie będę. To on zawalił i jak twierdzi żałuje i żałował od razu, wiec niech sam się postara. Ale podsumowując, każda z takich rozmów nie jest łatwa, ale wiem, że jest potrzebna i zawsze się cieszę, że jednak się wydarzyła. 

Eh boli mnie głowa i generalnie słabo się czuję. Chyba rozłożę sobie kanapę, wezmę kołderkę i zrobię ciepłą herbatę. 


W weekend zrobilam na obiad makaron w sosie truflowym ze świeżymi pomidorkami i szpinakiem.


Upiekłam także fit brownie
(banany+masło orzechowe+kakao)


W niedziele jeszcze byłam pewna, że przetrwam jakoś ten tydzień w pracy, więc zrobiłam posiłki na trzy dni. 
I. Pieczarki faszerowane kaszą, mięsem mielonym, marchwią i cebulką z sosem ziołowym. 
II. Makaron w sosie z wędzonego boczku z mini pulpecikami
III. Siekane kotleciki z papryką i pietruszką upieczone w piekarniku z kalafiorem 



piątek, 25 lipca 2025

ulubione przekąski

 Piątek, 16:35



Hejka! 

Wczoraj byłam stacjonarnie w biurze, w domu szybko wszystko ogarnęłam, a wieczorkiem pojechaliśmy z S. po sushi. To był miły czwartek, z kolei dzisiaj od rana mam zapieprz. Od komputera odeszłam może na 15 minut i to z trudnem. Miałam dwa spotkania, własną pracę do ogarnięcia i jeszcze szkolenie, które sama prowadziłam. A w między czasie dostałam okres. Cieszę się jednak, że ze wszystkim dobrze sobie poradziłam. 

Dzisiaj miałam w planie pojechać do nowego outletu, który otworzył się w Krakowie, oboje z chłopakiem chcieliśmy sobie kupić nowe buty. Ja akurat balerinki, które będą ładnie pasować do sukienek, ale... przez ten okres średnio się czuję i pójście do galerii to ostatnia rzecz na jaką mam ochotę. Dlatego pojedziemy jedynie na zakupy spożywcze i do apteki po jakieś tableteczki, aby jakoś przetrwać miesiączkę. Wieczór mam zamiar spędzić na kanapie oglądac "siostry wielkiej wagi" i chętnie jakieś horrory. 


Ostatnio moja ulubiona wieczorna przekąska - cała paka ma tylko 200 kcal, a smakuje jak zwykłe chrupki. 


Tego batona daktylowego także uwielbiam, zaspokaja ochotę na słodkie i ma 200 kcal. 

Rozsiadam się, aby pooglądać kuchenne rewolucję, w tym czasie dokończę także planować menu na kolejny tydzień jako, że dzisiaj w planie zakupki. 




środa, 23 lipca 2025

chat GPT prawdę Ci powie

 Środa, 15:07


Dzisiaj czuję się odrobinę lepiej, ale wciąż nie jest dobrze. Chyba utwierdzam się w przekonaniu, że to moje fatalne samopoczucie jest związane z okresem, bo dosłownie wszystko mnie boli. Nigdy tak nie mam, aż się normalnie zaczęłam zastanawiać czy nie jestem w ciąży, bo to serio jest spore odstępstwo od tego, co mam co miesiąc. 

Pracowałam dzisiaj z domu, bo w środy w biurze zazwyczaj jest spory harmider, a ja i tak już mam niemałe problemy z koncentracją. Z całą pracą odrobiłam się jakieś pół godzinki temu, więc pomyślałam, że mając chwilkę czasu coś tutaj napiszę. Stawiacie sobie czasami tarota? Pamiętam chyba, że Ariela się kiedyś tym zajmowała, ale nie wiem czy dalej praktykuje. Ja sama nie potrafię i korzystam z chatu GPT... Tak wiem jak dziwnie to brzmi, no ale chyba lepsze to niż nic, prawda? Generalnie, to co mi wczoraj "wywróżył" to jakaś abstrakcja... dam Wam znać czy się sprawdziło, bo cholera sama jestem bardzo ciekawa. 

Za chwilkę lecę gotować obiad na czwartek i piątek i przygotowywać się do jutrzejszego dnia w biurze. Wieczór zamierzam spędzić na kanapie oglądając siostry wielkiej wagi... jezu ale się wciągnęłam. 

Żeby nie było tutaj znowu tak pusto, to dodaje kilka zdjęć ;) 

Jak Wam ostatnio powiedziałam, zaczęłam kończyć (tak wiem, że masło maślane) organizować mieszkanie i oto efekty jakie poczyniłam. 








To tylko części rzeczy, które udało mi się uporządkować w ostatnim czasie. Tak jak Wam kiedyś napisałam, mam listę i niemal codziennie coś z niej odhaczam. 


Moja uprawa pomidorków na balkonie. Idzie mi to szczerze mówiąc kiepsko, ale jakieś tam efekty są. Posiadam też zieloną cebulkę. 


Jedzonko, które ostatnio przygotowałam.
Makaron ze świeżym szpinakiem i pomidorkami. 
Kasza pęczak, kurczak pieczony w jogurcie z piekarnika i pieczona marchew. 


W poniedziałek byłam też ma paznokciach i zrobiłam sobie tym razem takie. Znacznie krótsze niż zwykle, bo ten miesiąc zapowiada się pracowity pod względem pracy, a jednak dłuższe nieco przeszkadzają mi w pisaniu na klawiaturze. 


Zamówiłam ostatnio na Frisco bardzo dużo marchwi, stąd, aby się nie zmarnowała dodaje ją do wielu posiłków. Jadłam je już jako warzywo do obiadu, jako frytki i nawet wczoraj w tortilli. 







Nie wiem czy Wam wspominałam, ale w niedzielę pojechaliśmy po Maffina. Ciężko się z nim pracuję, bo ciągle coś chcę, ale jednocześnie uwielbiam jego obecność w domu. Położyłam mu koszyczek obok biurka gdzie pracuje i często mnie pilnuje ;) 


To tyle z tego, co chciałam Wam przekazać. Domykam jeszcze jedną rzecz na komputerze i kończę pracę na dzisiaj ;)