czwartek, 23 lipca 2026

Again and again

 Trochę się tutaj nie odzywałam, ale fakt, że nikogo tutaj nie ma nie zachęca mnie do regularności. Ponadto w moim życiu brak jest rzeczy, o których czułabym przymus pisania tutaj. Wręcz czasami jest mi głupio, że czas ucieka, a u mnie wciąż te same schematy, te same problemy. Mam niemal 30 lat i myślałam, z w takim wieku moje życie będzie już bardziej ułożone, ale jak widać się pomyliłam. Jednak gdy nachodzą mnie takie myśli to staram się do tego podchodzić inaczej, bo jeszcze 3-4 lata temu zabiłabym za życie, które wiodę obecnie. Bo serio tak jest. Uważam, że mam piękne życie, ale ciągle czegoś mi brakuje, nieustannie porównuje się z innymi, a przez to odczuwam pustkę w życiu. 

Czym ostatnio żyje?

Tydzień temu mama do mnie zadzwoniła i przekazała mi informację, że mój brat dostał od nich (rodziców) mieszkanie. Ale żebym ja się nie martwiła, bo oni sprzedają kolejne mieszkanie i pieniądze z tego będą dla mnie. Powiedzieć, że byłam w szoku to jak nic nie powiedzieć. Normalnie cieszyłam się jak dziecko, bo nie spodziewałam się czegoś takiego. Już nawet zaplanowałam sobie, że w końcu założę sobie aparat na zęby. Niby teraz też mnie na to stać, ale jakoś ciągle czuję obawę przed takimi długoterminowymi zobowiązaniami. Tak myślałam, że w końcu trochę odetchę i bede zabezpieczona finansowo. Ale… oczywiście musi być jakieś ale. Wczoraj koło 22 do mnie dzwoni i teraz informuje że najlepiej to byłoby tak zrobić żeby jednak mój brat dostał pieniądze ze sprzedaży mieszkania, bo jemu są potrzebne na zakup działki. Jak zaczęłam mówić że to jest nie fair to usłyszałam że w takim razie podzielą pieniądze między nas i żebym ja mu pożyczyła swoją połowę, tak aby on nie musiał brać kredytu. I wiecie co? Poczułam się znowu jak dziecko. A właściwie nie tylko jak dziecko, ale znowu jak jakaś zabawka w jej rękach. Nie zliczę ile razy były takie sytuacje, że coś mi obiecuje albo mi daje a potem każe to oddać. Wielokrotnie w przeszłości dostawałam od niej pieniądze i potem musiałam je zwracać, tak samo było w dzieciństwie z zabawkami albo jakimiś okazjami. Jak widziała że na czymś mi zależy to mówiła tak tak możesz iść do kina a potem gdy zrobiłam cokolwiek nie po jej myśli to od razu mi to zabierała. Teraz poczułam się tak samo, ale z tym wyjątkiem, że nic nie zrobiłam. No i teraz to już nawet mowy nie ma żebym dostała całą kwotę (która jest i tak mniejsza niż wartość mieszkania które dostał brat) tylko co najwyżej połowę. To i tak sporo pieniędzy, ale dla mnie bardziej liczy się całość tej sytuacji. Znowu mój brat jest na pierwszym miejscu, on potrzebuje, jemu coś dać, jemu załatwić, jemu napisać pracę magisterską itd. A pod koniec dnia i tak ja zostanę nazwana egoistką. Mega mnie zabolała ta sytuacja i nawet się poryczałam. Tak jak mówię nie chodzi o pieniądze, bo szczerze jeszcze tydzień temu na nic nie liczyłam, chodzi o tak jawne faworyzowanie go, że czasami aż brak słów. Nie zamierzam się z matką kłócic o te pieniądze, jak chce to niech mu je da, ale przyznaje, że serce trochę mnie boli z powodu tej sytuacji. 


Dzisiaj lecę na wakacje do Turcji. To taka tygodniowa wycieczka objazdowa śladami historycznymi. Zwiedzę miejsca, na których najbardziej mi zależało. To zaległy prezent na urodziny mojego chłopaka, bo niestety poprzedni nie doszedł do skutku ze względu na konflikt na wschodzie. Wczoraj spontanicznie kupiłam też bilety na kilka dni do Oslo. Mam sporo urlopu do wykorzystania, a stwierdziłam że nie chce spędzać tego czasu w domu. Kilka dni zostawiłam sobie jeszcze na moją obiecaną wycieczkę do Dubaju. Nadal podtrzymuję swoje zdanie, że jeśli S. nie oświadczy mi się na tej wycieczce to się z nim rozstanę. Na początku (czyli te pół roku temu) taką decyzję odczuwałam jako szalona, myślałam że jestem za bardzo przewrażliwiona, w gorącej wodzie kąpana itd. ale te kilka miesięcy jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu, że to słuszna decyzja. Czasami po prostu trzeba postawić sprawę jasno i ruszyć związkiem, albo w jedną albo w drugą stronę. I nie myślcie, że piszę o tym o tak po prostu z lekkimi sercem, nie jest tak. Chyba po prostu przyzwyczaiłam się do tej myśli i opracowałam plan, który pozwoli poczuć mi się bezpiecznie w razie ewentualnego rozstania. Tworzymy naprawdę bardzo dobry związek, ale potrzeba  stabilizacji jest dla mnie priorytetem.  I pisząc o stabilizacji nie mam konkretnie na myśli ślubu i rodziny, po prostu potrzebuję potwierdzenia, że droga którą idziemy gdzieś zmierza, bo na ten moment (mimo iż S. dużo mówi) to ja tego nie czuję. Ale oddać mu trzeba, że jest wyjątkowo dobrym chłopakiem, z mijającym czasem wręcz coraz lepszym. Planuje randki, wyjazdy i nigdy nie muszę się prosić jak gdzieś trzeba mnie zawieźć czy przywieźć. Trzeba powiedzieć, że dobrze trafiłam. Jednak jego najgorsza wada jest po prostu zwlekanie ze wszystkim, bo on zawsze ma czas i potem często cierpliwy nad tym, że o czymś zapomniał albo czegoś nie zdążył zrobić. 

Jestem aktualnie w pracy do 12:30, ale już ze wszystkim się wyrobiłam i wszystko pozamykałam żeby nic mi już nie wpadło do zrobienia przed wyjazdem. Potrzebuje tych wakacji takiego odcięcia się od pracy i codzienności. Czuję, że wrócę z nową energią. 

Co jeszcze zauważyłam w ostatnim czasie? 

Właściwie to już kiedyś tutaj o tym pisałam, ale zauważyłam sporą zmianę w moim zachowaniu i podejściu do życia. Nawet jak mam na swojej drodze jakieś problemy czy zmartwienia to już nie robię tak, że wszystkie inne rzeczy w moim życiu stają i ustępują miejsca zamartwianiu się. I tak cisnę do przodu, staram się cieszyć tym co mam. Kiedy było to nie do pomyślenia. Ponadto jestem bardziej self-concentrated. Oj to zdecydowanie. Bo jeszcze kilka miesięcy temu układałam swoje życie bardziej pod innych, zwłaszcza pod chłopaka, a teraz bardziej patrzę na to żeby mi pasowało. I nie chodzi o jakieś wielkie rzeczy, a takie raczej codziennie proste czynności, które jednak wpływaja na moje życie. Staram się też do życia podchodzić bardziej na spokojnie i nawet mi to wychodzi. 

Odezwę się już dopiero po wakacjach! Wypoczęta i opalona 



















środa, 10 czerwca 2026

w oczekiwaniu na wakacje

 Środa, 17:05



Ostatnio ciężko jest u mnie w pracy, nawet powiedziałabym, że bardzo ciężko. Jak przyjdę na 7 to siedzę tak do tej 15:30 non stop. Wątpię, że w ciągu dnia mam chociażby 20 minut odpoczynku. Najgorsze jest to, że muszę przyznać, że mam jebanego pecha! Zawsze dostaje jakieś ciężkie, nietypowe przypadki, z którymi nie wiem co robić. No i to chyba jeszcze gorsze jest to, jak widzę, że ktoś zamknął sprawę w 10 minut i siedzi na wiecznej przerwie. Staram się na tym nie skupiać, patrzeć na siebie itd. ale po prostu ten fakt mnie irytuje niemiłosiernie. Wiem natomiast, że passa się odwróci, trzeba myśleć pozytywnie, bo zaczyna się robić nieciekawie. Prawie codziennie jest tak, że nawet po pracy ciągle myślę o pracy - co mam zrobić, jak zrobić, kogo zapytać itd. To musi się skończyć, bo mocno zaburzyłam swój work-life balance. 

W weekend wybrałam sobie wakacje. Zdecydowałam się na tygodniową wycieczkę objazdową po Turcji z biurem podróży. Dzisiaj wysłałam ticketa o urlop, jak mi zaakceptują to od razu kupuję. Lubię mieć zaplanowany jakiś wyjazd, bo wtedy mam na co czekać i żyje mi się jakoś łatwiej. Wyjazd jest zaplanowany na ostatni tydzień lipca, więc akurat nieźle się styram w pracy i potem pojadę na zasłużony wypoczynek. Taki cieszy mnie najbardziej.

Ale wiecie co jeszcze zauważyłam? Że widać trochę zmianę mojego podejścia do życia. Bo wcześniej jak miałam jakieś zmartwienie to tak naprawdę mój świat stawał - dieta, dbanie o siebie, swoje otoczenie, nie pozwalałam sobie nawet na jakieś fajne wyjścia. Teraz powtarzam sobie ciągle, że czas i tak upłynie i trzeba żyć dalej. Więc nawet teraz gdy mam taki nerwowy okres w pracy, to mimo to wstaje nawet wcześniej rano, kręcę sobie włosy, robie jakieś inne fryzurki, ładnie ubieram, spędzam miło czas. 

niedziela, 31 maja 2026

kosmos

 Niedziela, 10:40


Dopiero dzisiaj zauważyłam, że ostatni wpis dodałam 11 dni temu... boże ale ten czas pędzi! Dni mijają mi jak szalone i to jest jakiś kosmos. Kilka miesięcy temu w pracy dostałam dość znaczy awans i od tego czasu zaczął się mój ogromny zapierdol. Wydaje mi się, że wchodzę do pracy o 7 rano, mrugnę i już z niej wychodzę. Ostatnio niestety nawet kilka razy zdarzyło mi się zostać dłużej czego osobiście nie znoszę, ale musiałam dokończyć kilka rzeczy. Koniec końców nadal kocham tę pracę, trafiłam tam przypadkiem, ale czuję, że to było przeznaczenie i jestem pewna, że zostanę w tej branży na długo.

Właśnie mija drugi tydzień częściowej zmiany mojego planu życia - dużo obowiązków w tygodniu roboczym, ale odpoczynek w weekendy. Całkiem mi to wychodzi, ale czasami po prostu brakuje doby, zwłaszcza gdy siedzę dłużej w pracy. W piątek mój S. pojechał do Warszawy odebrać nasz nowy samochód i nawet nie myślałam, że taka rzecz tak bardzo mnie ucieszy. W końcu mamy większe auto, wygodniejsze i z dużym bagażnikiem - planujemy wkładać tam rowery i jeździć na wycieczki za miasto. Oby tylko pogoda dopisała. Wczoraj natomiast S. obudził mnie pięknym bukietem piwonii- obłęd! 



Myślę, że będą jeszcze piękniej wyglądać gdy rozkwitną. Na wieczór natomiast planujemy randkę w domu. Winko, krewetki i monopoly, które ostatnio dostaliśmy. Ja jakiś czas temu zamówiłam sobie na shein mega piękną bieliznę, że tak powiem tylko do łóżka i też zamierzam ją założyć. Uwielbiam takie wieczorki. Generalnie to po tych wszystkich przeżyciach, które miałam w naszej relacji, to nigdy bym nie pomyślała, że będziemy w stanie zbudować tak piękny związek. 

Wczoraj byliśmy w Rossmannie odebrać mój kupon -50% (a raczej dwa), a także na zakupach spożywczych i w restauracji znowu na randce :) 


To są zakupy za ponad 600 zł... jezu ja tych pieniędzy w ogóle tam nie widzę. Ale i tak jestem z nich zadowolona, bo kupiłam to, co do czego mam pewność, że wykorzystam. 




Na randce byliśmy w naszej ulubionej wietnamskiej restauracji - ja zamówiłam zupkę pho z kurczakiem. Kocham ją, jest zapychająca, a jednocześnie dietetyczna. 


Moja słodzina 



Ostatnio też mieliśmy randkę w domu, ale tym razem z sushi 


Natomiast w ubiegły weekend upiekłam babeczki i po prawej jest gulasz z ziemniakami i chińszczyzna z ryżem - do pracy. 

Jeśli chodzi o jedzenie to ostatnio bardzo dobrze mi idzie. Trzymam się deficytu kalorycznego, ale mimo tego staram się korzystać z życia - wychodzę do restauracji, jem słodycze, chodzę na lody. Ale naprawdę wszystko z głową. W restauracji wybieram dietetyczne posiłki albo jem połowę, ze słodyczy to głównie cukierki, bo jeden nie zaszkodzi, a lody albo kupujemy na spółkę albo jakiś sorbet. Podoba mi się bardzo takie podejście, bo w mojej głowie wydaje się zdrowe. 

Uciekam się relaksować na kanapie i oglądać serial. Obiad na dzisiaj podszykowałam już wczoraj - zamarynowałam nóżki z kurczaka, zrobiłam dwie surówki i obrałam ziemniaczki. 



środa, 20 maja 2026

nie jestem najinteligentniejsza

 Środa, 17:27



Już środa! Ale ten czas leci, w sumie to może nawet dobrze. Ja zawsze staram się żeby był wypełniony dobrymi chwilami, nawet w tygodniu roboczym znajdę coś miłego. Dzisiaj w pracy miałam mega ważne spotkanie, stresowałam się i nawet zrobiłam drobną gafę, ale wiecie co? Cieszę się, że przynajmniej miałam taką możliwość i że mogę się tak rozwijać. Serio jeszcze dwa lata temu byłoby to nie do pomyślenia. 



To dosłownie kwintesencja dzisiejszego spotkania. Super, że kilka dni temu zobaczyłam tego tik-toka, bo bardzo mi dzisiaj pomógł. 

A tak z innej beczki to chłopak pojechał dzisiaj na 2-dniowy wyjazd z pracy, więc zobaczymy się dopiero w piątek. Mam mieszkanko dla siebie! Super się cieszę, bo trochę brakuje mi takiego czasu, normalnie w ogólnie się nie zdarza żebym była sama, co z jednej strony sobie cenie, ale taki czas samemu dla siebie też jest potrzebny. Właściwie to nie mam żadnych szczególnych planów, miałam ćwiczyć, ale dostałam wcześniej okres i nie czuję się kwitnąco. Mieszkanie posprzątane, zakupy zrobione, obiad ugotowany, więc chyba obejrzę serial. 

Muszę się chyba nauczyć, że jak już wszystko jest ogarnięte to nie trzeba wynajdywać sobie kolejnych zadań. 

niedziela, 17 maja 2026

...bo jak nie wiadomo o co chodzi...

 Niedziela, 17:58



Ostatnio oglądałam pewnego tik-toka, taka dziewczyna zrobiła podsumowanie kosztów życia swojej rodziny i puenta była tego taka, że dużo wydają, bo nie muszą oszczędzać. A gdyby musieli oszczędzać to zredukowaliby te koszty. Bardzo mnie to zaskoczyło i wydaje mi się, że to chyba jedna z głupszych rzeczy, które ostatnio usłyszałam. Moim zdaniem jeśli można odłożyć jakieś pieniądze to zwyczajnie trzeba to zrobić. Inna historia dotycząca tego samego tematu wydarzyła się przed Bożym Narodzeniem. W pracy w czasie wspólnego śniadania moja koleżanka powiedziała, że chce podjąć pracę na weekendy bo we wrześniu ma ślub siostry i musi odłożyć trochę pieniędzy na tę okoliczność, a z wypłaty nie da rady. Ta koleżanka jest w moim wieku i mieszka w mieszkaniu swojego taty razem z siostrą i jej narzeczonym, także za wynajem nie płaci a wszystkie koszty są dzielone na trzy osoby. Do rozmowy dołączyła się trzecia koleżanka, która jest o rok od nas starsza i ona z kolei powiedziała, że też nie ma żadnych oszczędności i żyje od wypłaty do wypłaty - mieszka z mamą.  Dla mnie było to wręcz nie do uwierzenia, że osoby w wieku koło 30 lat i będące w tak super sytuacji mieszkaniowej (!) nie mają oszczędzonych absolutnie żadnych pieniędzy. A zarabiamy dokładnie tyle samo. One obie twierdziły, że nie mają na czym zaoszczędzić albo z czego zrezygnować. Na tym rozmowa się zakończyła, bo jednak co jak co, ale nie zamierzam uświadamiać osób w tym wieku, ale wiecie do jakich wniosków doszłam? Że wszystko jest kwestią priorytetów. Ja nigdy nie kupuje gotowych posiłków z biurowego kateringu - a one niemal codziennie śniadanie, obiad, a nawet deser. Jak jedna z nich powiedziała, że ma na każde wyjście zaplanowany budżet 200 zł, a ja wychodzę maksymalnie raz w tygodniu i mieszczę się w niższej kwocie za dwie osoby. Zawsze po wypłacie blokuje sobie pieniądze na saszetkach w aplikacji bankowej - typu na paznokcie, na wakacje odkładam co miesiąc, właśnie na oszczędności, albo na prezenty świąteczne. Dopiero resztę z pieniędzy, które mi zostaną mogę wydać na jakieś dodatkowe ubrania czy kosmetyki. Jeśli na coś mnie nie stać to tego nie kupuję i czekam do kolejnego miesiąca. Oo albo inna kwestia... książki. Wiem, że czytanie rozwija i pieniądze na to przeznaczone nie są zmarnowane. Ale przykładowo ta koleżanka od tego wesela ciągle kupuje jakieś książki (a to obecnie drogi biznes) i kiedyś jej powiedziałam, że w bibliotekach w Krakowie rozdają za darmo kody do legimi i ja co miesiąc z tego korzystam. No to mi powiedziała, że jej się nie chcę po to chodzić (raz w miesiącu) i woli kupować. Rozumiem doskonale, że są okresy w życiu kiedy zwyczajnie nie da się oszczędzać, bo sama przez to przechodziłam. Wręcz ciągle mi brakowało środków, ale kiedy można (tak jak w przypadku moim i tych dziewczyn) to myślę, że wręcz trzeba.

Dlaczego napisałam ten akapit na górze? Właściwie sama nie wiem, ale może komuś to pomoże. Jeśli chodzi o kwestie finansowe, to zawsze kieruje się takim stwierdzeniem - Małe wycieki zatapiają wielkie statki. Najgorsze są małe codzienne wydatki, na które nie zwracamy uwagi. Dlatego u Nas w domu zakupy spożywcze są raz w tygodniu, wcześniej skrupulatnie zaplanowane pod jadłospis, przeglądam gazetki promocyjne, nigdy nie zamawiamy jedzenia do domu ani nie kupujemy czegoś na szybko, a gdy chcemy zjeść coś nie przygotowanego przez nas to idziemy do restauracji i traktujemy to jako randka - też wcześniej zaplanowana. Dużo tutaj skupienia na jedzeniu, ale wydaje mi się, że to jest rzecz, na której najłatwiej jest obecnie zaoszczędzić. W ogóle zrobię kiedyś taki wpis na czym i jak udaje mi się zaoszczędzić, bo wydaje mi się, że akurat dobrze mi to idzie i serio udaje mi się wydawać mniej niż innym. 

Właśnie minął mój pierwszy tydzień "w nowym rozkładzie"- czyli więcej działam w tygodniu roboczym niż w weekendy. Może nie był on jakiś idealny, bo nie ze wszystkim się wyrobiłam do piątku, a w weekend znowu narzuciłam sobie trochę zadań, ale czuję, że idę w dobrą stronę. 

A teraz trochę zdjęć z ostatnich dni




piątekowy wieczór spędzałam sama, więc postanowiłam sobie ugotować zupę pho z małym twistem w postaci pomidorków koktajlowych. A tak to klasycznie wywar, kurczak gotowany i makaron. Do tego już tydzień wcześniej zrobiłam tradycyjny marynowany czosnek. Wyszło pyszne. 


W piątek chłopak był na imprezie i przyniósł resztki kateringowego jedzenia, więc zjedliśmy je na śniadanie. Było naprawdę dobre nawet na drugi dzień. 


A to dzisiejszy meal prep, całość zajęła mi dwie godziny z pomocą chłopaka. Zaczynając od lewej jest pieczona pierś z kurczaka z bazyliowym pesto i serem cheddar. Do tego zawijana cukinia z faszem ze szpinaku, suszonych pomidorów i fety. 
Potem mamy ryż z curry (kurczak, papryka, cukinia, marchew, cebula, pasta curry i mleczko kokosowe)
A po prawej calzone z mozarella light, salami, pieczarkami i papryką.
Do każdego dania jest surówka colesław z młodej kapustki. 


A to zrobiłam dzisiaj na obiad. Stek z ziemniakami i colesławem. Akurat był na promocji w lidlu, więc skorzystałam. To akurat większa porcja chłopaka, ja miałam mniej i podzieliłam się jeszcze zarówno z chłopakiem jak i kotem. 


Bardzo rzadko robię tylko jedną porcję jedzenia, bo to się zwyczajnie nie opłaca. Jak napocznę cukinię albo inne warzywo to lubię je w całości wykorzystać. Dlatego właśnie super okazuje się mrożenie - dzięki temu mam od razu niemal gotowy obiad na przyszłość.

Teraz zdjęcia z kategorii inne:


W piątek znowu przeszłam się po domu i znalazłam rzeczy zepsute lub takie, z których już nie będę korzystać. Im mniej mam rzeczy tym większy spokój czuję. 



Chciałabym w tym tygodniu zacząć ćwiczyć. Myślę o jakimś wyzwaniu z Moniką Kołakowską - tak 3x w tygodniu byłoby super. W sobotę biorę udział w biegu Rossmanna, więc już przynajmniej jeden trening mam jak w banku. 

środa, 13 maja 2026

decluttering i mała zmiana planu tygodnia

 Środa, 13:05 



W tym tygodniu postanowiłam zmienić swoja rutynę, która jest ze mną już od około trzech lat. A mianowicie, zamierzam teraz więcej obowiązków wykonywać w tygodniu roboczym, a w weekendy bardziej wypoczywać. Dotychczas miałam tak, że chciałam, aby ten tydzień roboczy był maksymalnie ułatwiony, więc większość rzeczy robiłam w weekend- prałam, prasowałam, sprzątała, jeździłam na zakupy, gotowałam posiłki. No chyba same wiecie jak to wygląda. Teraz pomyślałam, że potrzebuję więcej odpoczynku w weekendy, aby wracać do pracy z nową energią. Te wnioski nasunęły mi się po majówce, kiedy te obowiązki były bardzo ograniczone, a ja super się zregenerowałam. Zobaczę jak mi się to sprawdzi. W poniedziałek byłam u babci w odwiedziny, wczoraj sprzątałam mieszkanie, a dzisiaj gotowałam posiłki na czwartek i piątek. Jutro mam w planie zakupy spożywcze i prasowanie. A od piątkowego wieczoru już tylko słodki wypoczynek. Dam znać po dłuższym czasie jak mi się to sprawdza. 


A teraz znowu temat odgruzowywania mieszkania. Co kilka dni chodzę po domu i "zbieram" niepotrzebne rzeczy. Zazwyczaj to wychodzi bardzo spontanicznie. Ostatnio dorwałam się do jednej szuflady i właśnie znalazłam takie rzeczy do pozbycia się. Wydaje się mało, prawda? Ale ja już stosuje to od kilku miesięcy i uwierzcie mi, że zapewne nazbierały się setki rzeczy. 


Dzisiaj w pracy mieliśmy dzień gofra. oczywiście skorzystałam ;) 

A wracając jeszcze na chwilę do tematu, który poruszyłam chwilę wcześniej. W poniedziałek pojechałam do babci i mój chłopak do mnie dołączył. Bardzo ale to bardzo nie lubię takich spotkań, okropnie mnie to stresuje. Do tego stopnia, że aż dostałam problemów żołądkowych. Zawsze się boję, że mama lub babcia powiedzą coś niestosownego lub obraźliwego względem mnie albo mnie ośmieszą. Bo u mnie w rodzinie to było na porządku dziennym, matka kochała mnie upokarzać, a zwłaszcza w obecności innych osób. Nawet nie wiecie jak bardzo mi było wstyd w takich momentach. 


niedziela, 10 maja 2026

aby było dobrze to trzeba zapierdalać

 Niedziela, 16:35



Ostatnio doszłam do ciekawych wniosków - aby było dobrze to trzeba zapierdalać. Ale dla każdego dobrze znaczy coś innego. Dla mnie dobrze to znaczy idealnie - pięknie posprzątane mieszkanie, ugotowane posiłki, pełna pielęgnacja, eleganckie ubrania, generalnie wszystko. Ale wiecie co? Ciężko jest mi utrzymać taki 'standard życia' ciągle. Powiem więcej - jest to wyczerpujące. Mam tysiące myśli w głowie i nie potrafię ich zatrzymać. Przejmuje się nawet jakimiś głupotami jak to, że coś mi się przeterminuje w lodówce i będę musiała to wyrzucić. Chciałabym czasami tak iść bardziej nieświadomie przez życie, więcej luzu, spokoju i wypoczynku. To jest moim celem na tym rok, aby się tego nauczyć. Ale też jednocześnie żeby wszystko było idealnie... hahha

A teraz trochę zdjęć z ostatnich dni


W czwartek byłam na paznokciach. Tym razem zrobiłam sobie takie proste, nie wiem na ile jest to widoczne, ale to zwykła baza i top z brokatem. Generalnie to już nie szaleje z paznokciami, wolę takie delikatne. 


 


W piątek zrobiłam sushi, oj wyszło fenomenalne! 


Zrobiłam także kolejną porcję granoli- tym razem najlepszą! Ja zawsze mam takie proporcje, że na 2 szklanki płatków owsianych daje jedną szklankę orzechów/nasion/suszonych owoców i dwie łyżki miodu. Pierwszy raz zrobiłam z orzechami nerkowca i wyszło pysznie. 

 

Słowo minimalizm pojawia się tutaj zdecydowanie zbyt często, wiem to, ale akurat mam taką fazę w życiu. Aby nie kupować już peelingów do ciała zaczęłam robić własne z fusów po kawie. Zawsze w weekend mam taki rytuał, że robię sobie orange espresso właśnie z kawiarki, a fusy zostawiam i robię peeling. Zawsze tylko jedną porcję tak aby zużyć tego samego dnia. Dzięki temu oszczędzam, bo nie muszę kupować i nie zajmuje mi to zbędnego miejsca. 

Gdyby któraś z Was chciała spróbować, to są to fusy z kawiarki, dwie łyżki cukru, 1 łyżka olejku pod prysznic i w moim przypadku sok z cytryny (rozjaśnia skórę). 



Miesiąc temu kupiłam sobie także drukarkę do etykiet. Zdecydowanie jeden z lepszych zakupów. Dzięki temu wszystkie pojemniczki w domu mam zorganizowane i podpisane.


A tutaj taki mały meal prep. Na promocji było mięso mielone, więc kupiłam i zrobiłam dwa razy po dwie porcje sosu do makaronu. Gdy będę zabiegana w tygodniu to po prostu rozmrożę. Często tak robię. 



A tutaj obiady na trzy kolejne dni, no ten po prawej to tak średnio wygląda, ale jest pyszny, bo dzisiaj też go jadłam.

1. Sałatka Cezar, ale dodałam do niej pomidorki
2. Makaron ze szpinakiem, pomidorkami i w wersji dla chłopaka z kurczakiem
3. Ryż z kurczakiem w sosie porowo-musztardowym (ryż został mi po sushi, a takie wykorzystywanie bardzo mnie cieszy)


Jak widzicie nie są to jakieś niskokaloryczne posiłki, ale będę nad tym pracować.


Boże ale ja chciałabym mieć takie wsparcie jako nastolatka. Myślę, że byłabym teraz zupełnie innym człowiekiem. 



A tak oprócz tego to jak wiecie robię odgracanie mieszkania już od dłuższego czasu. Pozbyłam się wielu rzeczy poprzez wyrzucenie, sprzedanie lub wykorzystanie, ale miałam też kilka takich, które chciałam oddać za darmo. Jezu ale mnie to wykończyło. Ludzie są okropni, nie dość, że rzucają się na każdą rzecz jak zwierzęta, to jeszcze umówią się i nie przyjdą, nie dadzą znaku, albo poinformują chwilę przed spotkaniem. Szczerze to ja już chyba wolę je wyrzucić niż się użerać z kimś. 

Od jutra zaczynam 'diete'. Póki co będę się skupiać na bardziej świadomym odżywianiu i chcę wrócić do ćwiczeń. Czuję, że to jest właściwy czas, bo prawie skończyłam swój duży projekt jakim jest 'odgracanie' i w magiczny sposób czuję jakby w moim mózgu zwolniła się szufladka.

Tak czytam to, co napisałam i niezbyt mi się podoba, tak jakbym zgubiła 'to coś'. W pracy bardzo dużo piszę, właściwie całymi dniami, ale po angielsku i teraz ze zdziwieniem zauważyłam, że pisanie po polsku już nie przychodzi mi tak łatwo. Jak bardzo wkręcę się w pracę to potem myślę o niej po polsku i po angielsku- to jest mega wyczerpujące uwierzcie mi.