Czwartek, 19:49
Dzisiaj mija 14 lat od kiedy prowadzę bloga...boże, ale kawał czasu. Pisząc pierwszy wpis nigdy bym nie pomyślała, że będzie się to aż tyle ciągnąć. To połowa mojego życia.
W pracy dzień zaczęłam od szkolenia, które przebiegło całkiem pomyślnie, ale potem dopadł mnie jakiś dołek... Wiem czym jest spowodowany, ale nie chcę się tym dzielić, bo "wypadnę" na złego człowieka, często wstydzę się za moje myśli i tą okropną zazdrość, która od dzieciństwa mną targa. Pierwszy raz mi się zdarzyło płakać w toalecie w pracy, a jak wróciłam do domu to już nawet nie mogłam się uspokoić. Wiecie jakie uczucie mi towarzyszy od kiedy jestem dzieckiem? Czuję jakbym o wszystko w życiu musiała walczyć, o wszystko się starać, każdą rzecz wyrywać od życia. Nie miałam ani pełnej rodziny, ani spokojnego dzieciństwa, ładnej figury, pięknej cery, czy prostych zębów. Nie jestem ani inteligentna, ani w żaden sposób utalentowana. Nie mam do niczego drygu, nigdy nie podobałam się chłopakom, nie dostałam na start super pracy, ani czegokolwiek ponad absolutne minimum (a i to nawet nie) od rodziców. Pamiętam jak kiedyś moja mama poszła na zebranie do gimnazjum i pan od matematyki jej powiedział, że jestem takim typem osoby, który na wszystko musi sobie zapracować. Innymi słowy powiedział jej "pani córka nie jest inteligenta, a jej świetne oceny są zasługą ciężkiej pracy". To do mnie przyległo, bo wiem, że jest prawdziwe. Ja sobie na wszystko muszę zapracować, "zasłużyć". I powiem to... po prostu cholernie ciężko jest mi znieść fakt, że ja tak się szarpię z życiem, a inne osoby od tak dostają to na co ja pracuję latami. Przez takie myślenie czuję się złym człowiekiem co dodatkowo mnie dobija.
Moja sytuacja związkowa mnie przeraża. Dosłownie. Czy dzieje się coś złego? Absolutnie nie. Jest dobrze, już od wielu miesięcy. A ja... tkwię w jakimś abstrakcyjnym strachu, że jednak wszystko się za chwilę rozpadnie. Ciężko mi się cieszyć z jakiś wspólnie spędzonych chwil, wyjazdów itp. bo ciągle sobie myślę, że jak już raz chciał się rozstać to może zrobić, to znowu, więc te szczęśliwe chwilę są zwykłym kłamstwem. Takie myślenie mnie przeraża i nie wiem dlaczego wzięło się teraz, przed długi czas było dobrze...
A ja Ci powiem, że przez te lata się do Ciebie przywiązałam i Cię polubiłam, bo jesteś cholernie autentyczna, prawdziwa. I myślę, że masz talenty, tylko może przez swoje wychowanie nie umiesz ich dostrzec, to jedna sprawa, a druga.. to właśnie ciężka praca, umiejętność organizacji, zrobienia wielu rzeczy w krótkim czasie jest ogromnie cenna w Tobie! Nie masz pojęcia ile dzieciaków widzę, super bystrych, utalentowanych i mających w domu wszystko, co sobie zamarzą, które z lenistwa albo po prostu braku charakteru rujnują sobie życie i do niczego nie dochodzą. Doceń siebie wreszcie, bo zwariujesz! Co do tego drugiego tematu, obawiam się, że kolejnym Twoim talentem jest dobra intuicja, ale niezależnie od tego, co się dalej stanie, pamiętaj, że jesteś warta o wiele więcej niż teraz od życia dostajesz. I obyś to zobaczyła, bo naprawdę na to zasługujesz.
OdpowiedzUsuńDocenienie siebie nie jest wcale taką łatwą rzeczą, bo ciągle mam w głowie gonitwę myśli, które mówią "musisz, musisz, musisz". To jak nieustanny wyścig nie tylko z samą sobą, ale też ludzmi wokół mnie...
OdpowiedzUsuń