Niedziela, 16:13
Hej! W czwartek wieczorem wróciłam z wakacji, to był bardzo intensywny tydzień. Turcja okazała się pięknym i bardzo ciekawym krajem. Codziennie byliśmy w innym mieście - Bodrum, Efez, Gorem (w Kapadocji), Ankara, Istambuł, Milas... Pobudka około 3-4 nad ranem każdego dnia, codziennie inny hotel, pakowanie itd. Ale było warto, bo tak jak wcześniej wspomniałam, Turcja bardzo pozytywnie zaskoczyła. W drodze powrotnej S. zadzwonił do mamy (na głośnomówiącym) i wszyscy życzyli nam wszystkiego dobrego z okazji zaręczyn. No i pewnie teraz sobie myślicie wow! oświadczył Ci się! Nie, po prostu taki żart sobie zrobili, albo szczerze to sama nie wiem co to było. Bardzo nieprzyjemne zakończenie wakacji, przykro mi się zrobiło, zwłaszcza, że to dla mnie drażliwy temat, a S zareagował jak jakiś oparzony wręcz krzycząc (a może mi się wydawało), że żadnych zaręczyn nie było... Wróciliśmy do domu, ja się rozpakowałam i sama położyłam spać, bardzo mnie ta sytuacja przygnębiła, ale także wkurzyła. Wiecie co jest najgorsze w tego typu sytuacjach? Kilka razy spotkało mnie coś złego ze strony rodziny lub znajomych S. i gdy mu mówię, że to jest nie w porządku i że z czymś się źle poczułam i na przykład nie chcę mieć kontaktu z tymi osobami (jak na przykład jego znajomymi, którzy zaprosili mnie na domówkę, a następnie wyszli z domu - specjalnie) to wtedy słyszę od S. że jest mu bardzo przykro, że tak mówię czy myślę o jego bliskich. Ale jak ktoś zachowuje się nie w porządku w stosunku do mnie, to S. nigdy nie zwróci uwagi. Kiedyś jedni z tych znajomych, którzy tak mnie kiepsko potraktowali na tej domówce zaprosili nas na swój ślub (to było z rok temu), chociaż pisząc "nas" to za dużo powiedziane, bo przyjechali do naszego wspólnego domu i zaprosili tylko jego. To są jego najbliżsi znajomi, my byliśmy ze sobą kilka lat, a i tak dostał zaproszenie z osobą towarzyszącą... ale mniejsza z tym. Potem jak prosili o potwierdzenie przybycia to się zapytali "a wasza znajomość (moja i S.) to jeszcze w ogóle aktualna?". Ja się wtedy zaparłam i powiedziałam, że nie idę na to wesele, ale S. zamiast powiedzieć w czym problem i dlaczego nas nie będzie wymyślił jakąś wymówkę. Chociaż wydaje mi się, że zwrócenie uwagi byłoby tutaj bardziej wskazane. I wtedy problem też był tylko w stosunku do mnie, bo to ja nie chcę się widzieć z jego znajomymi, którzy po raz kolejny potraktowali mnie jak jakiś przedmiot. Oni są cacy, ja nie. Ja umiem o siebie zadbać, ale fajnie byłoby czasami wiedzieć, że ktoś stanie za mną murem. I co prawda, na ten moment takich sytuacji było zaledwie kilka i może nie były one najistotniejsze, ale kto wie co będzie w przyszłości?
Miało być o wakacjach, ale jakoś temat zszedł na inne torty. Cóż mogę powiedzieć, to serio trochę wytrąciło mnie z równowagi.
Wakacje się skończyły, ja bardzo tęsknie za swoją rutyną. Dzisiaj trochę pogotowałam, za chwilkę też poprasuje póki jest w miarę chłodno i mam ochotę to zrobić. W ostatnie 3 dni września lecimy do Oslo, a potem w październiku ten nieszczęsny Dubaj. Chociaż to stoi pod dużym znakiem zapytania, bo organizacją tego wyjazdu ma zająć się S. a on zawsze ze wszystkim zwleka. Dałam mu deadline do czwartku aby wszystko ogarną (czekam od marca), stwierdziłam, że jak się tym nie zajmie to kupię wyjazd tylko dla siebie i już nie będę na niego czekać. Ponadto zawsze urlop w pracy muszę zgłaszać z wyprzedzeniem o czym on doskonale wie...
Wiem, że ten wpis jest dosyć pesymistyczny, a nie taki miałam zamiar. Ale im bardziej zbliża się ten wyjazd do Dubaju (i te potencjalne zaręczyny*) to tym bardziej po głowie chodzą mi różne myśli. Jestem w 100% przekonana, że S. jest świetnym facetem, że nigdy niczego mi nie zabraknie, a ja zawsze będę zaopiekowana. Po prostu czuję, że to jest dobry wybór na męża. Ale czy to mi wystarczy? Bo jednak są rzeczy, które mi w S. przeszkadzają i tylko pytanie jest czy ja będę umiała z tym żyć?
*tak mi się wydaje, że jak ma się oświadczyć w tym roku (a tak kilka miesięcy temu powiedział) to zrobi to właśnie na tym wyjeździe. Dubaj to od zawsze było moje wielkie marzenie. Pamiętam jak chodziłam do liceum (ponad 10 lat temu) i jakoś pierwszy raz spotkałam się z Dubajem, to wtedy był to dla mnie taki inny świat. Ja tkwiłam w 4 ścianach, z wiecznie znęcającą się nade mną matką, bez pieniędzy, a tam miałam wrażenie, że jest taki dobrostan, dostatek ponadto setki kilometrów od Polski. I tak sobie myślałam "szkoda, że nigdy tam nie polecę" (myślałam, że odbiorę sobie życie w ciągu kilku miesięcy). I ten wyjazd traktuje jako coś niesamowicie ważnego w moim życiu - przeżyłam. Równie dobrze mogłoby by to być jakiekolwiek inne miasto czy państwo, mi chodzi o taką symbolikę tego miejsca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz