Niedziela, 17:58
Ostatnio oglądałam pewnego tik-toka, taka dziewczyna zrobiła podsumowanie kosztów życia swojej rodziny i puenta była tego taka, że dużo wydają, bo nie muszą oszczędzać. A gdyby musieli oszczędzać to zredukowaliby te koszty. Bardzo mnie to zaskoczyło i wydaje mi się, że to chyba jedna z głupszych rzeczy, które ostatnio usłyszałam. Moim zdaniem jeśli można odłożyć jakieś pieniądze to zwyczajnie trzeba to zrobić. Inna historia dotycząca tego samego tematu wydarzyła się przed Bożym Narodzeniem. W pracy w czasie wspólnego śniadania moja koleżanka powiedziała, że chce podjąć pracę na weekendy bo we wrześniu ma ślub siostry i musi odłożyć trochę pieniędzy na tę okoliczność, a z wypłaty nie da rady. Ta koleżanka jest w moim wieku i mieszka w mieszkaniu swojego taty razem z siostrą i jej narzeczonym, także za wynajem nie płaci a wszystkie koszty są dzielone na trzy osoby. Do rozmowy dołączyła się trzecia koleżanka, która jest o rok od nas starsza i ona z kolei powiedziała, że też nie ma żadnych oszczędności i żyje od wypłaty do wypłaty - mieszka z mamą. Dla mnie było to wręcz nie do uwierzenia, że osoby w wieku koło 30 lat i będące w tak super sytuacji mieszkaniowej (!) nie mają oszczędzonych absolutnie żadnych pieniędzy. A zarabiamy dokładnie tyle samo. One obie twierdziły, że nie mają na czym zaoszczędzić albo z czego zrezygnować. Na tym rozmowa się zakończyła, bo jednak co jak co, ale nie zamierzam uświadamiać osób w tym wieku, ale wiecie do jakich wniosków doszłam? Że wszystko jest kwestią priorytetów. Ja nigdy nie kupuje gotowych posiłków z biurowego kateringu - a one niemal codziennie śniadanie, obiad, a nawet deser. Jak jedna z nich powiedziała, że ma na każde wyjście zaplanowany budżet 200 zł, a ja wychodzę maksymalnie raz w tygodniu i mieszczę się w niższej kwocie za dwie osoby. Zawsze po wypłacie blokuje sobie pieniądze na saszetkach w aplikacji bankowej - typu na paznokcie, na wakacje odkładam co miesiąc, właśnie na oszczędności, albo na prezenty świąteczne. Dopiero resztę z pieniędzy, które mi zostaną mogę wydać na jakieś dodatkowe ubrania czy kosmetyki. Jeśli na coś mnie nie stać to tego nie kupuję i czekam do kolejnego miesiąca. Oo albo inna kwestia... książki. Wiem, że czytanie rozwija i pieniądze na to przeznaczone nie są zmarnowane. Ale przykładowo ta koleżanka od tego wesela ciągle kupuje jakieś książki (a to obecnie drogi biznes) i kiedyś jej powiedziałam, że w bibliotekach w Krakowie rozdają za darmo kody do legimi i ja co miesiąc z tego korzystam. No to mi powiedziała, że jej się nie chcę po to chodzić (raz w miesiącu) i woli kupować. Rozumiem doskonale, że są okresy w życiu kiedy zwyczajnie nie da się oszczędzać, bo sama przez to przechodziłam. Wręcz ciągle mi brakowało środków, ale kiedy można (tak jak w przypadku moim i tych dziewczyn) to myślę, że wręcz trzeba.
Dlaczego napisałam ten akapit na górze? Właściwie sama nie wiem, ale może komuś to pomoże. Jeśli chodzi o kwestie finansowe, to zawsze kieruje się takim stwierdzeniem - Małe wycieki zatapiają wielkie statki. Najgorsze są małe codzienne wydatki, na które nie zwracamy uwagi. Dlatego u Nas w domu zakupy spożywcze są raz w tygodniu, wcześniej skrupulatnie zaplanowane pod jadłospis, przeglądam gazetki promocyjne, nigdy nie zamawiamy jedzenia do domu ani nie kupujemy czegoś na szybko, a gdy chcemy zjeść coś nie przygotowanego przez nas to idziemy do restauracji i traktujemy to jako randka - też wcześniej zaplanowana. Dużo tutaj skupienia na jedzeniu, ale wydaje mi się, że to jest rzecz, na której najłatwiej jest obecnie zaoszczędzić. W ogóle zrobię kiedyś taki wpis na czym i jak udaje mi się zaoszczędzić, bo wydaje mi się, że akurat dobrze mi to idzie i serio udaje mi się wydawać mniej niż innym.
Właśnie minął mój pierwszy tydzień "w nowym rozkładzie"- czyli więcej działam w tygodniu roboczym niż w weekendy. Może nie był on jakiś idealny, bo nie ze wszystkim się wyrobiłam do piątku, a w weekend znowu narzuciłam sobie trochę zadań, ale czuję, że idę w dobrą stronę.
A teraz trochę zdjęć z ostatnich dni
piątekowy wieczór spędzałam sama, więc postanowiłam sobie ugotować zupę pho z małym twistem w postaci pomidorków koktajlowych. A tak to klasycznie wywar, kurczak gotowany i makaron. Do tego już tydzień wcześniej zrobiłam tradycyjny marynowany czosnek. Wyszło pyszne.
W piątek chłopak był na imprezie i przyniósł resztki kateringowego jedzenia, więc zjedliśmy je na śniadanie. Było naprawdę dobre nawet na drugi dzień.
A to dzisiejszy meal prep, całość zajęła mi dwie godziny z pomocą chłopaka. Zaczynając od lewej jest pieczona pierś z kurczaka z bazyliowym pesto i serem cheddar. Do tego zawijana cukinia z faszem ze szpinaku, suszonych pomidorów i fety.
Potem mamy ryż z curry (kurczak, papryka, cukinia, marchew, cebula, pasta curry i mleczko kokosowe)
A po prawej calzone z mozarella light, salami, pieczarkami i papryką.
Do każdego dania jest surówka colesław z młodej kapustki.
A to zrobiłam dzisiaj na obiad. Stek z ziemniakami i colesławem. Akurat był na promocji w lidlu, więc skorzystałam. To akurat większa porcja chłopaka, ja miałam mniej i podzieliłam się jeszcze zarówno z chłopakiem jak i kotem.
Bardzo rzadko robię tylko jedną porcję jedzenia, bo to się zwyczajnie nie opłaca. Jak napocznę cukinię albo inne warzywo to lubię je w całości wykorzystać. Dlatego właśnie super okazuje się mrożenie - dzięki temu mam od razu niemal gotowy obiad na przyszłość.
Teraz zdjęcia z kategorii inne:
W piątek znowu przeszłam się po domu i znalazłam rzeczy zepsute lub takie, z których już nie będę korzystać. Im mniej mam rzeczy tym większy spokój czuję.
Chciałabym w tym tygodniu zacząć ćwiczyć. Myślę o jakimś wyzwaniu z Moniką Kołakowską - tak 3x w tygodniu byłoby super. W sobotę biorę udział w biegu Rossmanna, więc już przynajmniej jeden trening mam jak w banku.